Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. I
...dzisiaj znów mama zaprowadziła mnie do przedszkola, chociaż całą drogę
musiała mnie ciągnąć. Czy ci dorośli naprawdę nie mogą zrozumieć, że człowiek
czasami pragnie odpocząć od tego wrzasku i ciężkiej harówki. Na przykład wczoraj
przez cały dzień robiliśmy błoto na podwórku, przez co dzisiaj czułem się
wykończony. Ba, ale co to kogo obchodzi. Jak się ma prawie pięć lat to już się
jest poważnym człowiekiem, a starzy traktują mnie ciągle jak dzieciaka. Jak
sikam w majtki to wcale nie znaczy że jestem dziecko! Po prostu czasami nie
zdążę dobiec do kibla. No ale dosyć tych narzekań.
Nie było ostatecznie tak źle, najpierw z młodym Gałązką rzucaliśmy klockami w
dziewczyny. Ten kto trafił w głowę dostawał premię. Wygrałbym, ale te głupie
dziewuchy wogóle nie znają się na sporcie: od razu poleciały na skargę do pani.
Całe szczęście że zaraz szliśmy na obiad, bo w tym kącie chybabym z nudów umarł.
Po obiedzie pani pokazała nam alfabet. No kurewsko fajna sprawa. Można sobie
wszystko zapisać i potem nic nie trzeba pamiętać. W praktyce jednak okazało się
że wcale nie jest to takie genialne. Pani pokazała nam literę to ją sobie
zapisałem, no a skoro zapisałem to mogłem ją zapomnieć, tyle tylko że jak już
zapomniałem to nie wiedziałem co zapisałem.
Popieprzone to wszystko...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. II
..wczoraj mama znów zawiozła mnie w wózku do przedszkola. Dobra by z niej była
baba, tylko ma słabe przyspieszenie pod górke. Młody gałązka się chwali, że jego
mama jak się spieszy , to wyprzedza nawet rowerowców. Co tam. Gruby Artur ma
jeszcze gorzej. On już musi chodzić do przedszkola piechotą. Gruby Artur jest
zresztą całkiem głupi. Przez całe dnie nic nie robi , tylko zagląda dziewczynom
pod sukienki.
Naprawdę nie wiem ,co w tym ciekawego.
Jak kiedyś zajrzałem cioci Basi to zobaczyłem tylko majtki, a pod nie już nie
zaglądałem. Zresztą jak kiedyś wujek Boguś próbował zajrzeć to dostał od cioci
po pysku. Tata mówi że jak się ludzie biją to zawsze chodzi o pieniądze. Dziwne
miejsce na przechowywanie portfela . No dobra , muszę kończyć bo idzie pani,
żeby zabrać mnie z kąta......
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. III
...i znowu siedzę w przedszkolu jak ten palant, a za oknem śliczna pogoda. Już
bym tak nie narzekał, żeby chociaż pani pozwoliła nam na 5 minut wyjść, ale
NIE!!! Na podwórku jest błoto i się utaplamy. Mnie się do tej pory zdawało że to
zaleta. Mieszać błoto mogę godzinami, chyba politykiem zostanę bo ostatnio
słyszałem jak ktoś mówił, że cała ta polityka to niezłe błoto. Politykiem to bym
chciał zostać jeszcze z jednego powodu. Mama mówiła, że oni cały dzień nic nie
robią tylko pierdzą w stołek, a mają z tego kupę forsy.
Jako że ostatnio moje kieszonkowe uległo nadspodziewanemu zamrożeniu z okazji
wylania do kibla mamy perfum żeby z butelki zrobić psiukawkę, postanowiłem z
chłopakami trochę podreperować swój budżet. Młody Gałązka przyniósł stołek,
Gruby Artur i ja objedliśmy się fasolówy i umówiliśmy się u Grzesia Klapidupy.
Pierdzieliśmy w ten stołek cały dzień, a jedyne cośmy zarobili, to Gruby Artur w
tyłek od swojej mamy bo tak się nadął że walnął bąka z kleksem. Forsy też żadnej
nie dostaliśmy, tylko Grzesio przez tydzień musiał wietrzyć pokój bo się tam
wejść nie dało. To chyba jednak tylko politycy tak potrafią. My mamy jeszcze za
mało wprawy. Swoją drogą to w tym sejmie musi być niezły smród, jak tyle
polityków w jednym miejscu. Zresztą co jakiś czas słychać że jest jakaś
śmierdząca sprawa i że rozszedł się smród. Sie chłopaki poświęcają....
No dobra, dość tego leżakowania, trzeba się trochę pobawić...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. IV
Życie młodego człowieka jest naprawdę ciężkie. Zawsze można dostać w tyłek,
nawet jak się jest niewinnym. Inna sprawa że trochę winny byłem, ale to był
nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Było to tak: tata był w pracy a mama wyszła
gdzieś po zakupy. Przyszedł do mnie młody Gałązka, Gruby Artur i Maniek zwany
Letkim (zupełnie nie wiem dlaczego). Bawiliśmy się w kuchni w faraona, i
mieliśmy zrobić mumię. Nikt nie chciał się zgłosić więc wybraliśmy na mumię
Mańka. Maniek nie protestował, bo on jeszcze nie bardzo umie mówić. Owijaliśmy
go taśmą samoprzylepną, aż tu nagle, gdy już byliśmy w połowie Maniek zaczął się
drzeć "mamatijakupaja". Mówił to zawsze wtedy kiedy chciał kupę, no to go
zaczęliśmy rozwijać. Tyle że ta taśma jakoś nie bardzo chciała go puścić.
Gałązka wymyślił, że skoro nie możemy uwolnić go całego to chociaż rozkleimy mu
spodnie i zaniesiemy do kibla żeby zrobił swoje. Tyle, że jak już zdjąłem
Mańkowi gacie to on nagle zaczął. Nie zdążylibyśmy go donieść do kibla więc
wstawiliśmy go do zlewu. Ja złapałem za szklankę i podstawiłem ją przed niego
żeby nie zasikał mamie garnków a Gruby Artur łapał klocki. No i pech chciał, że
jeden mu wypadł i wleciał wprost do grochówki która stała na kuchni.
Próbowaliśmy go wyłowić sitkiem do herbaty, ale się nie udało, chyba sie
rozpuścił. Myślałem że to będzie najgorsze, ale nie, tata zjadł i nawet się nie
skrzywił. Wkurzył się o co innego: Artur po wszystkim wytarł ręce w ścierkę. Nie
wiedziałem co z nią zrobić więc wrzuciłem ją do kibla i spuściłem wodę. W tym
momencie sedes zamienił się w wulkan. Chciałem go trochę przetkać, najpierw
ręką, potem szczoteczką do zębów mamy, ale nic nie pomogło. No to nawrzucaliśmy
tam papieru żeby nie było widać ścierki i wróciliśmy do kuchni pełni nadziei że
tata i mama nic nie zauważą. Niestety, cud się nie zdarzył. Następnym razem
zacznę od pochowania mamie i tacie wszystkich pasków do spodni...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. V
Dziś od samego rana postanowiłem być dobrym człowiekiem. Chciałem zrobić coś dla
ludzkości. Jako że najbliższa ludzkość to moja mama i tata, postanowiłem im
zrobić śniadanie. Kroić chleba jeszcze nie umiem, do patelni nie dosięgam, ale
coś jednak zrobić trzeba. Pogrzebałem w szafkach i znalazłem kisiel malinowy.
Nie bardzo wiedziałem jak się to robi więc poleciałem do młodego Gałązki, bo ten
kujon już się trochę nauczył czytać i mógł przeczytać instrukcję. Okazało się że
wystarczy do kubka wsypać trzy czubate łyżki cukru i to co jest w torebce, a
potem zalać wrzącą wodą. Z wodą bym sobie poradził, ale przekopałem cały dom i
okazało się że nigdzie nie ma ani jednej czubatej łyżki. Inna sprawa że ja nawet
nie wiem jak taka czubata łyżka wygląda, więc dałem sobie spokój. Swoją dobroć
przeniosłem na obiad. Chciałem trochę pomóc mamie. Mama powiedziała że na obiad
będą ryby i mogę jej pomagać obtaczać te ryby w mące. Wszystko szło super dopóki
nie wrócił z pracy tata. Strasznie się gdzieś spieszył i powiedział że jeść nie
będzie. To po to ja się tak dla tej ludzkości męczę? Ze złości aż mi łzy
napłynęły do oczu i zakręciło mnie w nosie. Tata właśnie podszedł w swoim nowym
garniturze żeby pożegnać się z mamą, a ja w tym momencie kichnąłem: prosto w
talerz z mąką! Chyba pobiłem rekord szybkości w zamykaniu się w łazience, bo
tato ostatnio to coś nerwowy, a jak się zdenerwuje to bardzo szybko biega. No
cóż, nie opłaca się poświęcać, nikt tego nie ceni...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. VI
Chyba muszę zmienić swój stosunek do Grubego Artura. Okazał się bardzo mądrym
człowiekiem. Zaczęło się od tego jak młodemu Gałązce zaklinowało się gówno w
tyłku. Siedział w kiblu z pół godziny i gdyby mu mama nie pomogła widelcem to
chyba by tam siedział do śmierci. No właśnie, teraz już wiem jak wygląda usrana
śmierć o której tyle się słyszy od dorosłych. Tak mi się wydaje że to musi być
straszna choroba i dużo ludzi na nią zapada. Kiedyś jak mi się udało spinaczem
otworzyć taty biurko to nawet widziałem kasetę na której chyba były sfilmowane
przypadki tej choroby, bo na okładce były jakieś panie z tak porozciąganymi
otworami w tyłkach, że to co Gałązka zrobił to był mały pikuś w porównaniu z tym
co one musiały przejść. Nawet pamiętam nazwę łacińską tej choroby, bo była
nadrukowana na kasecie: Anale Perwersjum czy jakoś tak. Co jeszcze zauważyłem na
tej kasecie to to, że tym paniom poodpadały siurki. Jak powiedziałem o tym
Gałązce to się trochę przestraszył, ale kolektywnie sprawdziliśmy czy jemu to
grozi i okazało się że jemu trzyma się dosyć mocno. W każdym razie mieliśmy go
co tydzień kontrolować. To była tajemnica, ale w jakiś sposób dowiedział się o
tym Gruby Artur. Zaczął się z nas śmiać świnia jedna, i powiedział że dziewczyny
bez siurków się RODZĄ!!! Zaczęliśmy mu tłumaczyć że jest głupi, bo jakby miały
wtedy sikać, ale potem przypomniałem sobie że i Baśka Smalec i Jolka z jednym
zębem i nawet ta ruda Mariola jak sikają do piaskownicy to kucają. Kurde frans,
faktycznie z nimi coś jest nie tak. Poszliśmy z młodym Gałązką do Baśki Smalec i
kategorycznie zażądaliśmy żeby pokazała nam siurka. Faktycznie, zamiast niego
miała tylko jakąś szparkę. No proszę, człowiek całe życie się uczy, a głupi
umiera...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. VII
Dzis dowiedziałem się o sobie bardzo niemiłej rzeczy. A wszystko przez Grzesia
Klapidupę, Grubego Artura i mojego tatę, ale od początku. Dziś po obiedzie
przyleciał do mnie Grzesio i zaczął mi opowiadać co mu się przytrafiło. Bawił
się z chłopakami w chowanego i w nagłym przypływie geniuszu schował sie do
skrzynki na piasek przed klatką, wtedy zobaczył przez szparę jak do skrzynki
podeszło trzech panów w dresach, wygodnie sobie na niej usiedli i zaczęli coś
popijać. Grzesio przez nich przesiedział w skrzyni trzy godziny, ale nie żałuje,
bo dowiedział się bardzo ciekawych rzeczy i poznał parę fajnych przekleństw.
Opowiedział mi wszystko i muszę przyznać że jedna rzecz mnie bardzo
zainteresowała. Podobno każda dziewczyna ma przy sobie kakao tylko nie każdemu
daje. Być może Grzesio coś przekręcił, ale jak się go dopytywałem to przysięgał
że tak właśnie powiedzieli. A faceci byli na pewno bardzo mądrzy bo byli całkiem
łysi, a mama mówi że jak komuś wychodzą włosy to musi być bardzo mądry.
Interesowało mnie to dlatego że strasznie lubię kakao, więc jakbym je od jakiejś
dziewczyny wycyganił to by było fajnie. Tyle że najwyraźniej te dziewuchy to
straszne sknery. Myślałem, myślałem, aż w końcu wymyśliłem, że spytam o radę
Grubego Artura. On z wszystkich chłopaków najlepiej zna się na kobietach. Gruby
Artur powiedział mi, że jak chcę coś od dziewczyny to muszę być kurtularny i
powiedzieć jej jakiś kontplement. Nie bardzo wiedziałem co to znaczy więc Arturo
wyjaśnił że po prostu trzeba je prosić i zawsze mówić że coś mają ładne. Nie
bardzo mi to pasowało, ale w końcu Gruby Artur to fachowiec; to on pierwszy
odkrył że dziewczyny nie mają siurków. Pamiętając o wskazówkach przystąpiłem do
działania. Akurat w pobliżu nie było żadnej innej dziewczyny jak tylko siostra
młodego Gałązki. Wprawdzie jest już stara bo kończy gimnazjum, ale kiedy była
młoda to była z niej całkiem niezła laska, widziałem ją na zdjęciach. Ułożyłem
sobie przemowę i podszedłem do niej. Pamiętając nauki Grubego Artura
powiedziałem, że słyszałem że ma ładne kakao i czy mogłaby mnie poczęstować. No
i klops, nie podzieliła się, franca jedna. Jeszcze mnie tak zwymyślała, że
gdybym to powtórzył to do końca życia nie obejrzałbym dobranocki. No i na koniec
powiedziała że jestem zboczony: to już mnie trochę ubodło! Jak poszedłem z
reklamacjami do Artura, to on stwierdził że miała rację, przecież kakao jest
mdłe, jest na nim korzuch no i wogóle jest do kitu. Wtedy sobie uświadomiłem że
nie znam nikogo kto lubiłby kakao. No i masz. Faktycznie jestem zboczony.
Słyszałem że to można leczyć, tylko nie wiem gdzie. Postanowiłem porozmawiać z
tatą: w końcu jest lekarzem i powinien wiedzieć takie rzeczy. Tyle, że jak
spytałem go gdzie mogę się wyleczyć ze zboczenia, to najpierw zrobił oczy
wielkie jak cycki cioci Basi, a potem posadził na stole i zaczął opowiadać
jakieś koszmarne bzdety o pszczółkach i kwiatkach, o tym że jak się ludzie
całują to się kochają i odwrotnie i tym podobne świństwa których aż się słuchać
nie dało. Doszedłem do wniosku że tata jest bardziej zboczony niż ja, a skoro on
się z tego nie leczy, a wręcz przeciwnie, jeszcze leczy innych, to i ja nie
muszę się martwić. Chociaż, jeśli to dziedziczne, a tata o tym nie wie to może
muszę go uświadomić? Nie wiem, muszę to sobie jeszcze przemyśleć...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. VIII
Wczoraj w przedszkolu Gruby Artur powiedział, że już wie, co dostanie od
Mikołaja.
Jego mama się wygadała, że dostanie wielkie gówno. Gruby robił sobie strój
Batmana na balangę i wycinał dziury na oczy w jakiejś szmacie, kiedy jego stara
wpadła do pokoju i kazała mu myć ręce przed kolacją (wszyscy wiedzą, że on kocha
grzebać w nosie, ale myślałby kto, że mu koza kolację zeżre - he he). Jak go
zobaczyła, to podobno jej szczęka opadła i właśnie wtedy chlapnęła jęzorem o tym
prezencie. Zawsze wiedziałem, że babki są tentego, ale - kurde frans, nie aż
tak...
Najpierw trują o myciu rąk, za chwilę gadają o prezentach, a zaraz potem o
jakiejś kiecce, co kupiły na Sylwestra. Dziwne, bo ani ja, ani żaden z chłopaków
nie widzieliśmy faceta w sukience. Ksiądz się nie liczy, bo tata Letkiego Mańka
mówi, że to nie chłop, chociaż raz w roku to i księdzu wolno. Nasz ksiądz chyba
może częściej, bo zawsze jak go widzę, to mu nogawki od spodni spod tej kiecki
wystają. To chyba jakaś epidemia jest, albo Mikołajowi się kibel zapchał, bo
dzisiaj moja mama też się wygadała, że dostanę gówno. To niesprawiedliwe, Gruby
Artur ma dostać wielkie... ale może się podzieli...
Ciekawe co to za Sylwester. Mama powiedziała, że ten zielony biustonosz, z
którego zrobiłem sobie marsjański kask, udało jej się kupić na Sylwestra. Jak
już przestanie się telepać na mój widok, to ją o niego zapytam. Na leżakowaniu
zastanawialiśmy się z chłopakami, co zrobimy z naszymi prezentami i wpadliśmy na
genialny pomysł. Będziemy robić śniegowo-kupiaste bomby. Mam nadzieję, że
Mikołaj nie miał ostatnio rzadkiej sraczki, bo by nam się pociski nie sklejały.
Kurde frans, nie mogę się już doczekać. Ale będzie jazda! Muszę sobie jeszcze
pożyczyć od mamy gumowe rękawiczki, żeby mi kupa nie wlazła pod paznokcie.
Wszyscy wiedzą, że facet powinien mieć czarne paznokcie, a nie brązowe...
P.S. Z naszych planów, w mordę, nici. Gruby Artur dostał sweter w jakieś dziwne
ssaki, a ja osła na baterie, co ryczy "peeeer-tuuu-peeeer" i spać ludziom nie
daje.
I weź tu chłopie wierz dorosłym...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. IX
W przyszłym tygodniu jedziemy na wycieczkę do Warszawy. Wczoraj nasza pani
opowiadała nam trochę, co będziemy tam oglądać. Nie słyszałem jej dokładnie, bo
jak zwykle za nic postawiła mnie do kąta. A przecież ja tylko chciałem zadbać o
zdrowie Grzesia Klapidupy. Wszyscy naokoło trąbią, że miód jest taki zdrowy, ale
nasza pani chyba o tym nie wie. Jak zobaczyła, że smaruję Grzesiowi kanapkę
miodem z ucha (chłopaki też się dorzuciły, bo mojego wystarczyło tylko na pół
bułki), to powiedziała, że dobry miód robią tylko pszczoły, a ja jestem
kopnięty.
Ciekawe skąd pani wiedziała, że Gruby Arturo kopnął mnie w tyłek, jak chciał
trafić muchę. A tak swoją drogą to zupełnie nie rozumiem, co ta mucha czuła do
mojego tyłka, bo tak koło niego krążyła i krążyła, że Arturo musiał się
przymierzać siedem razy, zanim ją trafił. No i tak sobie stałem w kąciku i
rozmyślałem o głupich pszczołach, kiedy usłyszałem jak pani mówi o tej
wycieczce. Zupełnie nie rozumiem, po jakiego gwoździa mamy jechać tak daleko,
żeby zobaczyć syrenkę i jakieś łazienki. Syrenkę już przecież widzieliśmy u pana
Rolnika na wsi. Wskoczył do niej, kiedy zobaczył, że zatkaliśmy mu dziury w
płocie krowimi plackami, a on się o ten płot oparł. Tak się spieszył, że
myśleliśmy, że się gbur z nami nie pożegna, ale facet był kurtularny - pomachał
nam przez okno środkowym palcem (reszta mu się pewnie skleiła) i szybko
odjechał. No... może nie tak szybko, bo dwie krowy go wyprzedziły. Coś mi się
wydaje, że tak jak my nie cierpią się myć, bo uciekły, jak próbowaliśmy im
zetrzeć te czarne plamy. Ale syrenka fajna była. Tak jej się fajnie z rury
kopciło i całkiem głośno popierdywała.
Jak wracaliśmy do domu, to mieliśmy ubaw. Gruby Artur powiedział, że robimy
konkurs na najlepszego naśladowcę syrenkowych pierdów. Cwaniak wiedział że
wygra, bo z nas wszystkich to on ma największe możliwości. Jak się nadął, to tak
dał czadu, że Baśce zwiało z głowy kapelusik. Dorośli to się jednak nie znają na
dobrej zabawie. Nasza pani aż zzieleniała ze złości i kazała nam przestać.
Powiedziała, że jeśli mamy potrzebę, to możemy poszukać jakiegoś parkingu, gdzie
jest łazienka. Nooo, aż tak potrzebujący to my nie jesteśmy, a poza tym łazienka
nam się źle kojarzy. Nie wiem kto to powiedział: "Śmierdzę więc jestem", ale to
musiał być jakiś bardzo mądry facet.
Pani zrobiło się chyba gorąco, bo pootwierała wszystkie trzy okna, których nie
brzydziła się tknąć. Ścisnęliśmy się z chłopakami na trzech siedzeniach, bo
przez resztę okien nic nie było widać. No i chyba nam to wiejskie powietrze
wyszło na zdrowie, bo teraz jesteśmy chorzy i nie musimy jechać do jakichś
popapranych łazienek.
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. X
Kaśka widziała wczoraj zboczeńca!
Wpadła dziś do sali rozczochrana jak jakiś diabeł tasmański i nawet zapomniała
zrobić z psiapsiółkami buzi, buzi, tiu, tiu, tiu, tylko od razu zaczęła
piszczeć. A ponieważ my - mężczyźni mamy wrażliwe uszy, Gruby Artur chciał ją
uciszyć, więc zastosował metodę "gwałtownego zapowietrzenia" i walnął ją
klockiem w łepetynę. Powinien był wziąć ten drewniany, bo plastikowy tym razem
nie zadziałał. Kaśka się nawet nie obejrzała, tylko paplała dalej. Nawet
jakbyśmy nie chcieli, a jak bumy-dyny nie chcieliśmy, to musieliśmy wysłuchać
jej pitolenia. Dziewczyny gadały o tym chyba z pół dnia, ale ja powiem w
skrócie.
Mama Kaśki wysłała ją do sklepu po jakieś tam pierdoły, no i jak Kaśka wyszła ze
sklepu, to zobaczyła Kudłatego Bodzia. No i się wydało, że to zboczeniec, bo jak
szedł, to cały czas zbaczał z drogi: a to na ulicę, a to na trawnik. Kaśka mówi,
że ją nawet zaczepił i chrzanił coś o jakichś kanapkach, co mu szef zeżarł.
Pewnie głodny był, więc się Kaśka zlitowała i jak uciekała to mu rzuciła przez
ramię plasterek mielonki. No i on wtedy dał jej spokój i zboczył w krzaki.
Phi... wielka mi sensacja. Na moim osiedlu to zboczeńcy łażą całymi stadami,
czasem nawet jakaś zbocznica się trafi. Nawet swój hymn mają - "W więziennym
szpitalu...", czy jakoś tak. Fajny. Jak będę starszy, to się zapiszę do nich do
klubu... nauczę ich piosenki "Pocałuj żabkę w łapkę".
Kurczę... już się nie mogę doczekać...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XI
Dzisiaj do przedszkola przyszedł nowy. Ma na imię Maciek i wygląda jak
lalunia... Ma wszystkie zęby (mój tata mówi, że mnie i chłopakom to krowa zęby
wypierdziała... no... może rzeczywiście wtedy na wycieczce za mocno pompowaliśmy
to mleko i nam krowa naruszyła konstrukcję szczeny), kręcone kłaki i nawet pół
śmiotka za paznokciami.
Zastanawiamy się z kumplami, co nasze dziewczyny w nim widzą... przykleiły się
do niego jak glonojady do szybki w akwarium Gałązki. A ten nowy to też strzela
do nich gałami i tylko marudzi, że ą, ę, jestem Maciej, a nie Maciuś, śmiem
sądzić..., nie mam zastrzeżeń... i takie tam bzdety. Mądrzy się i jeszcze mu się
wydaje, że wszyscy mamy być jakimiś zakichanymi naukowcami. A guzik! Ja tam wolę
ciekawsze zajęcia niż, tfu!, uczenie się alfabetu.
Już się umówiłem z chłopakami i po przedszkolu idziemy na wojnę błotną.
Poczekamy na nowego...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XII
Zupełnie nie mogliśmy się dziś z chłopakami skupić i zupełnie nie słyszeliśmy,
co mówiła pani. Inna sprawa, że to żadna nowość, no ale dzisiaj to już całkiem
za nic wylądowaliśmy w kątach. Ja stałem z Letkim Mańkiem, a Gruby Artur z
młodym Gałązką. Całe szczęście, że w jednym kącie stoją nocniki, a w drugim
szafka z zabawkami (szafki pani nie przesunie, a do nocników woli się nie
zbliżać, bo się od razu zapowietrza), bo jakby były puste, to bym nie miał z kim
pogadać. Ho ho... a było o czym...
Wczoraj całą paczką byliśmy na imprezce. Gruby Artur miał urodziny i od swojej
babci dostał kota. Trochę dziwny ten kot... jakiś taki sraczkowato-pomarańczowy.
Prawie całą imprezę zastanawialiśmy się, jak go nazwać, no bo przecież nie
Kicia, albo Puszek, czy Mruczek. Zwierz poważnego faceta musi mieć odpowiednie
imię. I pewnie byśmy tak myśleli do usranej śmierci, gdyby nie siostra młodego
Gałązki. Przyszła, żeby go zabrać z balangi, ale on powiedział, że nie pójdzie
do domu, dopóki kot nie będzie miał imienia. Żeby sobie nie myślała, że żartuje,
złapał nóż (co z tego, że plastikowy) i zagroził, że ją dziabnie. Zupełnie nie
rozumiem dlaczego zaczęła rechotać, ale łaskawie zerknęła na to pasiaste cudo i
od razu wymyśliła imię. LORD! (dziewucha, ale łeb to ma).
Rzeczywiście... łeb zadarty, ogon mu cały czas sterczy, paszcza jakaś taka
naburmuszona - Lord pełną gębą. Gałązka też się naburmuszył, bo nie zdążył
usypać w łazience Mąt Ewagrestu (zostało jeszcze kilka doniczek w pokoju Arturo),
a już musiał spadać do chaty. Chcieliśmy się jeszcze trochę pobawić z kotem, ale
jak mu zaczęliśmy malować lakierem pazury to nam zwiał na szafę. He he...
starystokrata, a na szafie siedzi...
Powypijaliśmy szampana (brzoskwiniowy... mniam...) ze wszystkich kubków i też
poszliśmy do domów. Imprezka była kuuul.
P.S. Gruby Artur powiedział dzisiaj, że kot zwiał.
Pewnie mu Arturo żarcie podkradał i się Lord na niego obraził... Ech... te
wyższe sfery...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XIII
Niedługo to chyba będę miał trójkątne plecy od tego wiecznego stania w kącie...
Byliśmy wczoraj w cyrku i nie wiem dlaczego panią zdziwko wzięło, jak
założyliśmy "Tajny Klub Błotnych Czarodziejów z Siedzibą w Kącie". A przecież
wczoraj jej się podobało... Po każdym występie jak biła brawo, to tak machała
tymi łapami, że jeszcze chwila, a pofrunęłaby na trapez. Ale by jaja były...
wreszcie wszyscy by zobaczyli, jakie nosi kretyńskie różowe galoty z Kaczorem
Donaldem. W mordę... znalazła miejsce dla bohatera... 1, 2, 3, 7, 5... no, już
mi trochę nerw przeszedł.
Najfajniejsze były konie. Jeden walnął takiego kloka, że aż się inny poślizgnął
i ten facet co na nim siedział spadł prosto w gówno. Nie śmialiśmy się tak nawet
z klaunów. Gruby Artur to się nawet popłakał, a ja dostałem czkawki. Tak mnie
franca męczyła, ale suma sumarum to nawet dobrze, bo wyczkałem wszystkie
orzeszki, które zjadłem i mogłem się teraz podzielić z chłopakami.
No i małpy też były fajowe, szczególnie jedna. Babeczka wołała do niej "CZITA!",
a ona brała gazetę i czitała, (Chyba muszę się wreszcie wziąć za ten porypany
alfabet, bo to wstyd, żebym był głupszy od małpy).
Ale mega, giga, super, hiper, market był czarodziej. Naprodukował tony jakichś
szmat, kwiatków, zajęcy - rozlazło się toto po całym cyrku, aż głupie dziewuchy
zaczęły piszczeć. A taki mały miał ten kapelusik skubaniec jeden, gdzie on to
wszystko tam wepchał?...
Schował też jedną babkę do takiej skrzynki i jej odciął nogi razem z tyłkiem. To
blondynka była..., nawet nie zauważyła, że już nie ma czym bąków puszczać, tylko
szczerzyła te swoje królicze zębiska. A może się ucieszyła, że już nóg nie
będzie musiała golić? Zresztą, kto by się babami przejmował, wszyscy wiedzą, że
z nimi to się do ładu nie dojdzie. Tak, jak z naszą panią. Tyle się naszarpałem
z rudą Mariolką, a jak mi się wreszcie udało wepchnąć ją do skrzynki na klocki,
to pani postawiła mnie do kąta.
Dobrze, że przynajmniej Arturo i Maniek zdążyli pokazać swoje numery, bo inaczej
musielibyśmy zmienić naszą nazwę na "Tajny Klub Zrobionych przez Babę w Konia
Błotnych Czarodziejów z Siedzibą w Kącie", a to już by było za dużo do
pamiętania.
Maniek pokazał sztuczkę z kwiatkami. Wziął doniczkę z jakimiś świrkami, czy
fijołkami (jeden pieron), postawił ją na kiblu (musieliśmy się schować, bo
przecież jesteśmy tajni)i zaczął czarować. Machał łapami, jak nasza pani w
cyrku, klepał się po tyłku, puszczał bańki nosem, a jak udało nam się wreszcie
podnieść z podłogi (ciężko było, bośmy się z Grubym zaklinowali pod kiblem) to z
kwiatka został liściatek, bo zniknęły wszystkie kwiatki. W życiu bym nie
pomyślał, że z Mańka taki zdolniacha!
Artur też niczego sobie... Zrobił numer z kanapką. Zeżarł całą bułkę, narysował
na desce klozetowej chłopka (tam było tyle kurzu, że wszystko było widać) i
wsadził sobie tego ukurzonego palucha do nosa. Kurde!!! Ale numer!! Jak kichnął,
to mu ta kanapka kindolem wyleciała! Aż się drzwi od kibla otworzyły! Nowy się
obraził, bo go walnęły w tą kręconą główkę. Pewnie nas podglądał. No cóż...
Zemsta Czarodziejów - słodka rzecz...
P.S. Już nikt nie powie, że jak Maniek pierdzi, to śmierdzi (chyba zacznę
układać wiersze, he he), bo jak idzie to mu kwiatki z gaci wylatują. Będzie z
niego MAGIK kurde frans...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XIV
...jak to na wojence ładnie gdy przedszkolak w dziurę wpadnie...
Tak sobie dziś śpiewałem cały dzień bo dzisiaj bawiliśmy się w wojnę.
Zebrała się cała paczka: ja, młody Gałązka, Grzesiu Klapidupa, Gruby Artur,
Letki Maniek i na dokładkę parę dziewczyn. Podzieliliśmy się sprawiedliwie na
dwie drużyny tzn. chłopaki kontra dziewczyny plus Letki Maniek i przystąpiliśmy
do działań zaczepno obronnych. Naszą kwaterę ulokowaliśmy w garażu Grubego
Artura i na początek się okopaliśmy. Okop nie był głęboki, ale w kucki można
było tam się nieźle bronić. Potem przygotowaliśmy amunicję: Gruby Artur
proponował kamienie, ale doszedłem do wniosku że konwencje międzynarodowe nie
dopuszczają tego typu amunicji do wojen podwórkowych, więc stanęło na kulkach z
błota. Następnie przygotowaliśmy broń osłonową, czyli wiaderka z suchym piachem
i czekaliśmy na nieprzyjaciela. Nieprzyjaciel jak to nieprzyjaciel zjawił się
niespodzianie i wcale nie w przyjacielskich zamiarach: mianowicie przyleciał
tata Grubego Artura i zaczął wrzeszczeć że mamy natychmiast zasypać nasz okop,
bo on nie będzie mógł wyjechać z garażu. Nie zdążyliśmy mu wytłumaczyć że wojna
wymaga poświęceń bo w biegu ciężko się mówi i można sobie język przyciąć. Całe
szczęście że tata Artura jest trzy razy grubszy niż Artur, więc nas nie dogonił.
Tym razem okopaliśmy się w piaskownicy. Na atak nieprzyjaciela nie trzeba było
długo czekać, dziewczyny wyskoczyły z wrzaskiem z pobliskich krzaków i zaczęły
nas obrzucać grudkami ziemi. Pierwszy atak odparliśmy bez problemów, ale okazało
się że nasze kulki błota wyschły i ciężko je rzucać rękami; potrzebowaliśmy
jakiejś wyrzutni. Gruby Artur wpadł na pomysł i za chwilę przybiegł z
biustonoszem swojej mamy. W tym momencie nasze szanse wzrosły niepomiernie, bo
mama Artura ma taki kaliber że można strzelać nawet arbuzami. Oddział Letkiego
Mańka doszedł do wniosku że frontalnym atakiem nic nie wskóra i zaczął uciekać
się do podstępów. Broniliśmy się dzielnie dopóki do naszych okopów nie wpadły
skarpetki taty Letkiego Mańka. Wtedy wysłaliśmy lampamentariusza w osobie
Grzesia Klapidupy żeby podpisać pakt o zakazie używania broni chemicznej. Przy
okazji podpisał też pakt o zakazie używania broni biologicznej (dziewczyny miały
cały słoik mrówek) jak i atomowej (Baśka Smalec wyciągnęła ze śmietnika pieluchy
swojej młodszej siostry). Grzesio podpisałby pewnie jeszcze parę paktów bo jako
jedyny z nas umie coś napisać, ale niestety wichry dziejowe w osobie mojej mamy
zadecydowały inaczej tzn. zawołały mnie na obiad. Na wojnie to się ma apetyt...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XV
...kto by pomyślał że w przedszkolu można się dowiedzieć czegoś ciekawego!?!
Dziś nasza pani przyprowadziła jakiegoś pana który zaczął nam opowiadać o nauce.
Wprawdzie dużo nie skorzystałem, ale między jednym a drugim staniem w kącie
usłyszałem że nauka ma męczenników. I to że oni są bardzo sławni i wszyscy o
nich mówią z szacunkiem i za to że się tak męczą dla tej nauki to potem wszyscy
są im wdzięczni. Jak tak patrzę na swojego brata to on też jest męczennik, bo
tak się codziennie męczy nad lekcjami, ale niedoczekanie jego żebym zaczął o nim
mówić z szacunkiem. Podzieliłem się swoimi przemyśleniami z tatą, a on mi
wytłumaczył że to nie do końca tak. Męczennik to taki który cierpi za
pokazywanie swojej wiedzy. No to też mam kandydata. Kiedyś Grzesiu Klapidupa
chciał pokazać że już umie pisać, więc napisał mazakiem na szafie DUPA,
męczennikiem okazał się chwilę potem, bo mazak okazał się niezmywalny. Niestety
znowu coś źle zrozumiałem bo mama omal nie padła na zawał ze śmiechu jak
usłyszała że mówię do Grzesia "proszę pana Klapidupy". Okazało się że
męczennikiem można też zostać kiedy poświęca się swoje zdrowie lub życie dla
eksperymentu. No to zaraz przypomniało mi się jak młody Gałązka poświęcił się
dla dla sprawdzenia czy kotu jest przyjemnie na karuzeli. Jego poświęcenie się
polegało na tym, że dostał od ojca pasem kiedy ten wszedł do kuchni i zobaczył
kota w mikrofalówce. Ale kot był wniebowzięty bo jeszcze przez jakiś czas
miałczał i skakał z radości jak głupi. W każdym razie eksperyment się powiódł.
Tyle że tata mówi że to też nie wystarczyło żeby zostać męczennikiem. Kurde
frans, czy wszystko co ci dorośli robią i mówią musi być takie skomplikowane.
Mam nadzieję nie dorosnę zbyt szybko...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XVI
Ale numer! W życiu nie myślałem że w przedszkolu może być tak ciekawie! Ale po
kolei. Dziś jak tylko mama przyciągnęła mnie do przedszkola, pani ogłosiła że
zabiera nas na wycieczkę. I to żeby było jeszcze straszniej ta wycieczka miała
być na wieś do jakiegoś gospodarstwa, żebyśmy sobie pooglądali jak wyglądają
żywe zwierzęta. To już nie można było iść do zoo? Tam jest znacznie bezpieczniej
bo te zwierzaki stoją w klatkach, a nie łażą po łące bez żadnego nadzoru. No ale
skoro to pani decyzja to trudno. Wsiedliśmy do pociągu i po godzinie byliśmy na
miejscu. No kto by się spodziewał że ta wieś jest aż tak daleko za miastem. No
ale do rzeczy.
My ustawiliśmy się w parach na łące a pani poleciała porozmawiać z szefem tego
całego bałaganu który nazywał się pan Rolnik. Na odchodne powiedziała że możemy
podejść pooglądać sobie krówki. Podeszliśmy, i zamarliśmy z przerażenia - tam
nie było ani jednej krowy, same byki, a co gorsza prawie każdy z nas miał na
sobie coś czerwonego. Szybko zaczęliśmy zdejmować wszystkie czerwone rzeczy:
skarpetki, koszulki i tak dalej. W końcu co niektórzy nie bardzo już mieli co
zdjąć, bo okazało się że Baśka Smalec wszystko ma czerwone, łącznie z majtkami.
Był jeszcze jeden problem z Grubym Arturem, bo jemu było gorąco, a jak jest mu
gorąco to ma całą czerwoną gębę. Na szczęście Grzesio znalazł jakiś kubełek
który założyliśmy Arturowi na głowę i poczuliśmy się trochę bezpieczniej. Po
chwili wróciła pani i oczywiście zaczęła wrzeszczeć że mamy się ubierać z
powrotem. Po naszych gorących protestach wyszło na jaw, że nie tylko byki mają
rogi, krowy też. Trochę się uspokoiliśmy, ale dla pewności puściliśmy Kaśkę
przodem, a Grubego Artura nie czyściliśmy zbyt mocno (ten kubełek był po węglu).
Mimo wszystko te krowy tak się dziwnie na nas spod byka patrzyły.
Po tej przygodzie przeszliśmy sobie do mieszkania z krowami które nazywało się
obora. Tam dowiedzieliśmy się mnóstwa pożytecznych rzeczy: po pierwsze, że krowa
nie daje mleka jak się ją pompuje za ogon, po drugie że to co wtedy ta krowa
daje to wcale nie jest mleko, po trzecie, że tego co ta krowa wtedy daje nie
powinno się pić bo się potem strasznie nieprzyjemnie odbija, i po czwarte że jak
już krowa skończy dawać to coś to trzeba się szybko odsunąć i nie zaglądać pod
ogon bo się będzie, jak Gruby Artur, cały dzień śmierdziało krowią kupą.
Przy okazji dowiedzieliśmy się że świnie jedzą wszystko, łącznie z moim workiem
na kapcie, i że krowy na łące zostawiają miny poślizgowe (Mariolka nawet na
jedną trafiła). Dowiedzielibyśmy się pewnie znacznie więcej, ale najpierw pani
zabroniła nam szukać gdzie w kurze siedzą jajka, a potem przyleciała pani
Rolnikowa i zaczęła krzyczeć że ją w oborze jakieś demony atakują. Na szczęście
nie były to demony, tylko Letki Maniek wlazł w bańkę po mleku i krzyczał że nie
może się wydostać, a że pani Rolnikowa nie zna tego narzecza to myślała że to
diabeł. Trzeba było zabrać bańkę z Mańkiem do warsztatu mechanicznego, żeby ją
porozcinali, a my wrociliśmy do przedszkola.
Jednak na wsi nie jest tak strasznie. Nikt nie zginął.
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XVII
...jak ciężko człowiekowi w wieku przedszkolnym rozwijać swój talent. Wczoraj
naprzykład wymyśliliśmy że założymy zespół. Jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy kto
na czym będzie grał, ale to ustali się później. Największy problem był z nazwą.
Za żadne skarby świata nic nie przychodziło nam do głowy. W końcu Grzesiu
Klapidupa stwierdził że pamiętał jakąś fajną nazwę, ale właśnie uciekła mu z
głowy. Domyśliliśmy się że daleko uciec nie mogła, więc powiesiliśmy Grzesia za
nogi na wieszaku żeby mu wróciła. Niestety natychmiast zalał go taki tłok
uciekniętych wcześniej myśli, że aż poszła mu krew z nosa. Kiedy już wróciła mu
przytomność powiedział że sobie przypomniał: mieliśmy się nazwać
NECROCANIBALISTIC VOMITORIUM *). Nazwa była bardzo fajna, ale okazało się że
Grześ przeczytał ją w jakimś komiksie, i że taki zespół już był. No to klapa,
wymyślamy coś innego. Ja wymyśliłem KARTOFEL BOFEL ale chłopaki powiedzieli że
to głupia nazwa. W końcu pomogła nam siostra Gałązki: od tej pory naszą
oficjalną nazwą było FAT ARTURUM AND LIGHT MANIECK. Zupełnie nie wiem co to
znaczy, bo to po jakiemuś murzyńsku, ale bardzo fajnie brzmi. Potem zaczęliśmy
przydzielać sobie instrumenty. Gruby Artur wziął perkusję, ja cymbałki, Gałązka
gitarę swojej siostry a Letkiego Mańka daliśmy na wokal, bo jak śpiewał to
brzmiało to mniej więcej tak jak te zagraniczne zespoły. Natychmiast zaczęliśmy
nagrywać kasetę demo i pewnie nasza piosenka pod tytułem "zjedz swojego jeża"
stałaby się przebojem, ale przyleciała sąsiadka i zaczęła opierniczać mamę że u
nas jest taki hałas że jej mąż nie słyszy własnej wiertarki. No to mama zabrała
nam perkusję, magnetofon i jeszcze nas ochrzaniła za pogięte garnki bo Artur
strasznie mocno uderzał. Ciekaw jestem co powie siostra Gałązki jak zobaczy że
została jej tylko jedna struna w gitarze. I miej tu człowieku talent...
Z pamiętnika porypanego przedszkolaka cz. XVIII
Ale jaja, niech ja skonam! Gruby Artur się zakochał. I to w kim, w tej rudej
Marioli! Muszę przyznać że na początku to mieliśmy z niego niezłą nabitkę, ale
później zaczęliśmy chłopakowi współczuć, chodził smętny, nie bawił się, nie
mieszał z nami błota, no po prostu cień człowieka (dosyć duży cień zresztą). W
końcu postanowiliśmy chłopakowi pomóc! Najpierw staraliśmy się go uzdrowić:
tłumaczyliśmy jak komu dobremu, że dziewczyny są głupie, nie umieją się bawić a
co gorsza jak się takiej spodobasz to będziesz się musiał z nią ożenić i
całować, normalnie ohyda. A do tego jeszcze dziewczyny są takie że chcą mieć
dzieci. Ale Artur powiedział że ożenić się może, całować się nie zamierza, bo to
facet rządzi w domu, a do roli rodzica jest już gotowy. No trudno jego problem.
No to zaczęliśmy myśleć co zrobić żeby Mariola chociaż na niego popatrzyła. A
jak na złość to jej chyba okulary bardzo zmętniały bo patrzyła i rozmawiała ze
wszystkimi, tylko nie z Arturem chociaż to zawsze jego najbardziej widać.
Zamontowaliśmy mu nawet żarówkę na czapce, ale to nic nie pomogło, Mariola
zawsze patrzyła się w inną stronę. Jak już zawiodły wszystkie sposoby, to
poszliśmy po poradę do starszych. Najpierw siostra młodego Gałązki tłumaczyła
nam że jak chce się poderwać dziewczynę to trzeba być Romanem Tycznym, kupować
kwiatki i chodzić do kina. Do kina to Artur jeszcze by poszedł, ale kupować
kwiatki? Jakby na klombach mało tego sadzili. A już zmiana nazwiska i imienia
zupełnie nie wchodzi w grę. No cóż, tym razem poszliśmy do dużego Freda żeby nam
coś poradził. On powiedział że po primo trza mieć gadkie, po sekundo fulkasy, a
po tercjo to trza sie myć bo jak spod napleta jedzie to żadna laska pały nie
wymlaska. Zupełnie nie wiedzieliśmy co to znaczy, ale na wszelki wypadek
umyliśmy Artura bardzo dokładnie. Potem mieliśmy problem z gadką, bo Artur jakoś
dziwnie się przy Marioli zapowietrzał, więc wymyśliliśmy że weźmiemy Grzesia,
zapakujemy do torby i to on będzie mówił a Gruby Artur tylko ruszał ustami, a w
tej torbie niby będą te fulkasy. Potem daliśmy mu swoje kieszonkowe żeby mógł
iść do kina i pomogliśmy zanieść torbę z Grzesiem pod drzwi Marioli.
Zadzwoniliśmy i szybko uciekliśmy. Potem się okazało, że Artur przeżarł całą
naszą kasę na lodach i się od tego rozchorował, a Mariola nie wiedzieć czemu
lata teraz cały czas za Grzesiem Klapidupą i biedny Grzesio boi się wyjść z
domu.
Ach ta miłość to niebezpieczna rzecz...
C.D.N...???
D.F.
|